Wyjazd do
Wiednia do kolekcji Waltera Rauscha
7-11. sierpnia 2008r.
W czwartek 7. sierpnia 2008r. rano
we dwójkę wyruszyliśmy w daleką podróż do Wiednia. Najpierw pociągiem z Gdańska
do Wrocławia, następnie autobusem do Nysy. Tam z dworca PKS odebrał nas Mariusz
Mieczakowski i zabrał do swoich Głuchołaz. W kolekcji Mariusza spędziliśmy
popołudnie i wieczór. Z samego rana w piątek ruszyliśmy jego nowym autem do
Czech. Pierwszy nasz przystanek w Republice Czeskiej to kolekcja Sławka Fischera
w Horicach. Po krótkiej wizycie i zrobieniu kilku zdjęć ruszyliśmy dalej w
kierunku Brna. Byliśmy już w pełnym składzie – cała czwórka, czyli Andrzej
Mucha, Mariusz Mieczakowski, Ladislav Fischer i Tomasz Blaczkowski. W dalszej
drodze do Wiednia odwiedziliśmy piękną kolekcję Josefa Odehnala, w której na
dłużej zatrzymała nas burza. Następnie po południu dojechaliśmy do kolejnej
kolekcji Mirka Marka. Tutaj obowiązkowo zeszliśmy do piwniczki gospodarza, by
skosztować przechowywanych tam trunków. Po degustacji i niezbędnych zakupach
ruszyliśmy dalej na granicę czesko-austriacką do kolekcji Mirka Sochurka.
Dotarliśmy tam pod wieczór. Aż do zmroku podziwialiśmy kaktusy naszego
gospodarza a następnie gawędziliśmy przy dobrym winie w jego ogrodzie.
Z samego rana w sobotę przekroczyliśmy granicę austriacką i po dwóch
godzinach jazdy samochodem dotarliśmy do ogrodu przemiłych Państwa Dagmary i
Ernsta Baumgartner. Po godzinie spędzonej w szklarni pełnej kaktusów, wraz z
Ernestem Baumgartnerem pojechaliśmy do głównego celu nasze wyprawy. Po ok. 30
minutach kluczenia po przedmieściach Wiednia dojechaliśmy do osiedla domków
jednorodzinnych. Tutaj stanęliśmy przed furtką, za którą czekał na nas sam
Walter Rausch. Po krótkim powitaniu gospodarz zaprosił nas do swojego ogrodu, w
którym znajdowała się szklarnia, dwa inspekty oraz jedno parzenisko. Na tę
chwilę czekaliśmy długo. Powoli, pełni ciekawości weszliśmy do szklarni. W
środku czekała nas kolekcja samych importów rodzajów Lobivia, Mediolobiwia,
Echinopsis, Rebutia oraz kilku gatunków Parodia, Gymnocalycium, Notocactus. Oczy
prawie wyszły nam z orbit. Większość z tych kaktusów trafiła do Europy jeszcze w
latach 70 ubiegłego wieku. Oglądaliśmy holotypy, które służyły Walterowi do
opisywania nowych gatunków i odmian. Prawie cała moja kolekcja pochodzi z nasion
z tych roślin. W końcu miałem szansę obejrzeć oryginały. Nasz gospodarz w tym
roku skończył 80. lat. Mimo swojego wieku uderzyła nas jego znakomita kondycja,
fotograficzna pamięć oraz bardzo pogodny nastrój. Walter Rausch skromnie
poinformował nas, że w Andach spędził 6 lat swojego życia przemierzając piechotą
lub konno 10 000km. Jest jednym z ostatnich żyjących kaktusowych odkrywców. To
prawdziwa, żyjąca legenda.
Najbardziej uderzył nas w kolekcji zupełny brak etykiet. Jedyne, jakie
udało się nam wypatrzyć to opisy barwy kwiatów poszczególnych egzemplarzy. Mimo
problemów językowych (nasz gospodarz władał niemieckim i hiszpańskim, my
natomiast jedynie polskim, czeskim i angielski) jakoś udawało się nam dogadać.
Nieocenione okazały się umiejętności Mariusza, który musiał wszystko nam
tłumaczyć. Na szczęście kaktusiarze potrzebuję ledwie kilku słów, aby się
porozumieć. Jakież to ułatwienie, że łacińskie nazwy kaktusów na całym świecie
brzmią tak samo.
Mieliśmy jedyną w swoim rodzaju okazję zapytać naszego gospodarza o
wszystkie wątpliwości, jakie mieliśmy z roślinami w naszych kolekcjach i tymi
widzianymi w naturze. Walter Rausch cierpliwie odpowiadał na wszystkie nasze
pytania obrazując je przy okazji roślinami ze swojej kolekcji. O dziwo dokładnie
pamiętał i znał wszystkie swoje okazy i bez najmniejszych problemów znajdował
wszystkie gatunki i odmiany, o które pytaliśmy mimo braku etykiet.
Po jakiś 2 godzinach spędzonych w szklarni przenieśliśmy się do
inspektów. Tutaj mogliśmy podziwiać kolejne rośliny – głównie rodzaj Echinopsis.
Były okazje do kolejnych pytań i dalszych rozmów. Następnie gospodarz zaprosił
nas do swojego parzeniska. W głębi ogrodu trzymał duże rośliny, a więc przede
wszystkim wszystkie odmiany dawnego rodzaju Soehrensia obecnie zaliczanego do
Lobivia. Niektóre rośliny miały średnicę 30cm i wysokość 50cm. Znajdowały się
tam również wszystkie krótkokwiatowe heliantocereusy włączone przez Rauscha
także do rodzaju Lobivia. Mimo, że kaktusy już nie kwitły widok ich był
imponujący. Zapierał dech w piersiach. Mogliśmy słuchać kolejnych opowieści o
kaktusach gospodarza. Prawie z każdą rośliną wiązała się jakaś historia o
perypetiach z jej znalezieniem. Wiele kaktusów, które oglądaliśmy zostało
znalezionych w miejscach do dziś niedostępnych - nieraz nasz gospodarz aby je
zdobyć całymi tygodniami piechotą lub konno musiał podróżować po Andach. Wiele
kaktusów z kolekcji Waltera Rauscha rośnie już wyłącznie we Wiedniu, ponieważ
ich stanowiska naturalne zostało zdewastowane. Jak to mówił gospodarz – teraz
rosną tam tylko ziemniaki.
Po prawie 5 godzinach spędzonych w kaktusowym eldorado nadszedł czas
pożegnania. Wręczyliśmy naszemu gospodarzowi przywiezione z Gdańska upominki
oraz zdjęcia kaktusów ze stanowisk naturalnych, które udało się nam zrobić w
czasie naszych 3 podróży po Andach. Wydaje się, że zdjęcia zrobiły na naszym
podróżniku największe wrażenie.
Następnie, już po południu, wróciliśmy do kolekcji Ernesta Baumgartnera.
Pani Dagmara Baumgartner przyjęła nas obiadem i tak pełni szczęścia zostaliśmy w
szklarni pełnej kaktusów do wieczora. Tuż przed zmierzchem opuściliśmy ogród
Państwa Baumgartnerów i na 15 minut pojechaliśmy rzucić okiem na zabytkowe
centrum Wiednia. Późno w nocy dojechaliśmy do Czech. W niedzielę rano
wyruszyliśmy w dalszą drogę. Z samego rana w niedzielę pojechaliśmy do kolekcji
Rostii Malocha, naszego przyjaciela i towarzysza podróży po Andach w Argentynie
i Boliwii. Następnie ruszyliśmy w dalszą drogę do kolekcji Franty Sibala
wielkiego miłośnika rodzajów Lobivia i Mediolobivia. Tak ładnych i dobrze
utrzymanych roślin nie widziałem jeszcze w żadnej kolekcji. Teraz wiem, jak moje
kaktusy powinny wyglądać i ile mi jeszcze brakuje. Po wizycie u Franty
pojechaliśmy do kolekcji Vaclava Sedy. Tutaj mieliśmy okazję obejrzeć przede
wszystkim sulkorebucje. Ale oprócz sulek były także lobiwie, parodie, rebucije,
mediolobiwie oraz nowo odkryta ajlostera z Azurduy.
Po wizycie u Vaclava pojechaliśmy do Horic, gdzie pożegnaliśmy Sławka
Fischera. Późnym wieczorem dojechaliśmy do Głuchołaz. Tutaj rozmawialiśmy o
naszej podróży do późnych godzin nocnych. W poniedziałek rano ruszyliśmy w drogę
powrotną do Gdańska, czyli znów autobus do Wrocławia i pociąg nad morze. W domu
byliśmy około godziny 23:00 wieczorem w poniedziałek.
Co za podróż! Cóż za kaktusy. W głowie świta nam myśl, by pojechać do
Wiednia jeszcze raz w przyszłym roku. Na razie jednak nasze plany koncentrują
się na styczniowej wyprawie do Argentyny. Ciekawe, co uda się nam zobaczyć w
naturze.
Autorami zdjęć są Andrzej Mucha, Mariusz Mieczakowski i Tomasz
Blaczkowski.
|
Kilka zdjęć
z wizyty u Waltera Rauscha |
|||
|
1. Nowe auto
Mariusza |
2. W kolekcji
w Horicach |
3-4. W
kolekcjach Josefa Odehnala |
|
|
5. Piwniczka
Mirka Marka |
6. Kolekcja
Mirka Sochurka |
7-15. W
kolekcjach Waltera Rauscha |
|
|
7-15. W
kolekcjach Waltera Rauscha |
|||
|
7-15. W
kolekcjach Waltera Rauscha |
16-22.
Lobiwie u Waltera |
||
|
16-22.
Lobiwie u Waltera Rauscha |
|||
|
16-22.
Lobiwie u Waltera Rauscha |
23-25. W
szklarni u Państwa Baumgartnerów |
||
|
23-25. W
szklarni u |
26. Wieczór
na wiedeńskiej |
27-28. W
cieniu u Rostii Malocha |
|
|
29-30.
Kolekcja lobiwii Franty Sibala |
31-32. Z
wizytą u Vaclava Sedy |
||